W jakim musiałam być stanie by nie pamiętać czegoś takiego?! To okropne do jakich czynów jestem zdolna po paru drinkach, a najgorsze w tym wszystkim jest to, że świadkiem tych zdarzeń był Diego. Nie chcę, by myślał o mnie w sposób, jaki ja o sobie myślę. Ja przecież chciałam tylko zapomnieć i mimo tych wszystkich paskudnych zdarzeń muszę przyznać, że choć na jeden wieczór udało mi się. Alkohol pomógł mi w pełni wymazać z pamięci wszystko, co z nim związane... A nie chcę o tym pamiętać. Nie chcę pamiętać o tym jak źle jest, gdy nie ma go w pobliżu, a gdy jest tak blisko, nie mogę się do niego zbliżyć. Nie chcę pamiętać o tym palącym uczuciu tęsknoty, które niesie ze sobą nasze rozstanie.
Nie mam nawet na tyle odwagi, by ponownie spojrzeć mu w oczy.
- I...i...i co było dalej? - dodaję łamiącym się głosem.
- Nic po prostu zabrałem cię stamtąd. - Spuszcza wzrok. - Jeśli masz mi to za złe, to z tego co wiem za tydzień będzie grał ten sam zespół i będziesz mogła umówić się z tym grajkiem na after u niego w domu.
Biorę głęboki wdech i staram się puścić mimo uszu kolejny zgryźliwy komentarz.
Mój wzrok po raz kolejny zatrzymuje się na nagich ramionach.
- Rozebrałeś mnie? - pytam niepewnie.
- Wiem, że wolałabyś żeby to on to zrobił, no ale jak widać, nie można mieć wszystkiego.
Łzy coraz silniej cisną mi się do oczu, jednak lata praktyki pozwalają mi je okiełznać. Czuję, że jeżeli on zaraz nie przestanie przegram z samą sobą i rozpadnę się na kawałki. Ciekawe czy gdyby wiedział, że jego słowa to kolejna pętla zaciskająca się na moim gardle, zaprzestałby dalszych prób upokorzenia mnie.
Zbieram w sobie siłę, by wypytywać dalej.
- Słyszałam, że z kimś rozmawiałeś, kto to był?
Natychmiast prycha i zaczyna podchodzić coraz bliżej mnie. Zatrzymuje się dopiero przed łóżkiem, na którym siedzę. Wstrzymuję oddech, gdy opiera się o jego miedzianą poręcz.
- Rozczaruję cię. - ścisza głos. - To tylko Ludmiła, a nie twój adorator.
Niewidzialna pętla na mojej szyi zaciska się już tak mocno, że tracę oddech, a wraz z nim kontrolę nad sobą.
Gwałtownie wstaję próbując ignorować zawroty głowy oraz fakt, że jestem w samej bieliźnie. Nie odzywając się ani słowem zaczynam w szale szukać części swojej garderoby. Wyobrażam sobie, że muszę wyglądać jak wariatka, jednak teraz kompletnie mnie to nie obchodzi. Muszę stąd jak najszybciej wyjść, by z powrotem złapać oddech, który Diego tak skutecznie stara mi się zabrać.
Moje poszukiwania niestety na nic się nie zdają i jestem zmuszona odezwać się do niego.
- Gdzie są moje ciuchy? - warczę.
Kąciki jego ust wyginają się w pogardliwym półuśmiechu, któremu towarzyszy śmiech o tym samym wydźwięku.
- Ciekawe czy gdybyś obudziła się u niego w domu z takim samym pośpiechem szukałabyś swoich ubrań. - zagaduje arogancko, tym samym ignorując moje pytanie.
Nie wytrzymuję i w przypływie emocji rzucam się na niego z pięściami. Zanim zdąża jakkolwiek zareagować na tą nagłą furię, moje żałośnie małe piąstki kilkakrotnie uderzają w jego tors oraz klatkę piersiową.
- Przestań! - wrzeszczę. - Proszę... - dodaję łamliwym głosem.
Z moich ust wydobywa się nędzny skowyt i w tej samej chwili Diego łapie mnie za nadgarstki, próbując unieruchomić. Już nawet nie staram się hamować łez, płynących stróżkami po moich policzkach. Wiem, że to na nic się już zda.
Widząc, że staram się uwolnić Hernandez zaciska chwyt jeszcze mocniej i zaczyna mną szarpać, aż moje plecy w końcu odnajdują ścianę.
Czuję, że mój gniew, smutek i żal są teraz silniejsze, od zdrowego rozsądku
- Uderz mnie! - nakazuję. - W końcu tylko na to cię stać!
Jego oddech staje się coraz szybszy, źrenice raptownie się zwężają, a szczęka zaciska. Sprowokowany do tego czynu gwałtownie podnosi jedną rękę, drugą nadal podtrzymując moje nadgarstki. Niekontrolowany szloch więznący mi chwilami w gardle jest coraz bardziej żałosny, gdy Diego wymierzając policzek zatrzymuje dłoń tuż przed moją twarzą, by w ostatniej chwili się wycofać. Głośno dysząc odwraca się i bez słowa wraz z trzaskiem drzwi opuszcza pokój.
Sparaliżowana strachem osuwam się po ścianie, aż w końcu ląduję na podłodze. Podciągam kolana pod klatkę piersiową i opieram o nie zbolałą głowę. Przez natłok myśli kłębiący się nade mną nie mogę się uspokoić. Płacząc wciąż, od nowa odtwarzam w głowie scenę, w której Diego podnosi na mnie rękę.
Nie dostrzegając nic innego w pobliżu z furią kilkakrotnie uderzam pięścią w ścianę mojego rodzinnego domu. Nie mam pojęcia ile dokładnie razy to zrobiłem, ale kiedy odsuwam zakrwawioną rękę od budynku, tynk mimowolnie osypuje się na ziemię, pozostawiając po sobie spore wgłębienie - dowód na to, że nad sobą nie panuję. Powoli opieram głowę o ścianę.
Myśl o tym, że będę musiał tam wrócić i ponownie spojrzeć jej w oczy wcale nie ułatwia mi odnalezienia spokoju i równowagi ducha. Nie potrafię na nią spojrzeć bez poczucia odrazy, bez złości, bez żalu. W ogóle nie potrafię już na nią spojrzeć... Nie teraz i nie po tym wszystkim.
Starałem się dla niej zmienić na tyle, by być jej wart, a kiedy mi się to udało ONA wszystko zaprzepaściła i na podstawie przeszłości, w której już przecież nie żyje, osądziła z góry moje czyny.
Dopiero teraz rozumiem, że nigdy nie będę dla niej wystarczająco dobry.
Akcja z klubu, mimo że uświadomiła mi to, jak bardzo nadal mi na niej zależy to stała się podszewką dla mojej wyobraźni. Bo co by było gdyby Ludmiła jej nie zauważyła? Gdybym jej nie ściągnął z tej cholernej sceny? Wolałbym o tym nie myśleć, ale nie mogę.
Moje rozmyślania przerywa dzwonek mojego telefonu. Wyjmuję go z kieszeni moich grafitowych dżinsów nie nadszarpniętą po spotkaniu ze ścianą ręką i przystawiam do ucha. Nie muszę nawet patrzeć na wyświetlacz. Doskonale wiem kto dzwoni.
- I co z naszym nocnym motylkiem*? - dopytuje dobrze mi znany zgryźliwy głosik. Nie mam już nawet głowy do zwrócenia jej uwagi na tę obelgę pod adresem Violetty. Po części dlatego, że w tym momencie mamy o niej podobne zdanie...
- Nie mam ochoty teraz gadać Ludmiła.
- Liczyłam na więcej informacji.
- Bardzo mi przykro. - odpowiadam z sarkastycznym współczuciem. - Może kiedy indziej, na razie.
Wchodzę do pokoju, w którym o mały włos nie odegrał się dramat, z nadzieją, że Violetta znalazła już swoje rzeczy i właśnie zbiera się do wyjścia. Jednak kiedy otwieram drzwi widzę ją zwiniętą w kłębek pod ścianą. Nie wydaje z siebie żadnych dźwięków, a twarz ma ukrytą w dłoniach, więc nie mogę stwierdzić czy nadal płaczę.
Ignorując ją podchodzę do łóżka i wyciągam spod niego torbę z ciuchami Castillo. Niezbyt subtelnie rzucam ją w stronę szatynki czekając na jakąś reakcję. Podnosi głowę. Dostrzegam, że już nie płaczę, jednak jej oczy są pełne smutku.
Odwracam wzrok, bo zdaję sobie sprawę, że im dużej jej się przyglądam, tym bardziej chcę jej pomóc.
- Twoje rzeczy. - wycedzam szorstko.
Po chwili osłupienia łapie za torbę, po czym jej wzrok spada na moją zakrwawioną pięść. Już otwiera usta by coś powiedzieć, ale w ostatniej chwili rozmyśla się i milknie. Z wymuszoną gracją robi dwa kroki i przystaje.
- To co się stało utwierdziło mnie, że nie mogę z tobą być. Nie chcę czuć przy tobie strachu, który towarzyszy mi w domu, rozumiesz?
Nie czekając na odpowiedź wychodzi trzaskając drzwiami, a wraz z nią opuszcza mnie nadzieja, że między nami może być jeszcze kiedyś dobrze.
*nocny motylek - kobieta lekkich obyczajów
Nie mam nawet na tyle odwagi, by ponownie spojrzeć mu w oczy.
- I...i...i co było dalej? - dodaję łamiącym się głosem.
- Nic po prostu zabrałem cię stamtąd. - Spuszcza wzrok. - Jeśli masz mi to za złe, to z tego co wiem za tydzień będzie grał ten sam zespół i będziesz mogła umówić się z tym grajkiem na after u niego w domu.
Biorę głęboki wdech i staram się puścić mimo uszu kolejny zgryźliwy komentarz.
Mój wzrok po raz kolejny zatrzymuje się na nagich ramionach.
- Rozebrałeś mnie? - pytam niepewnie.
- Wiem, że wolałabyś żeby to on to zrobił, no ale jak widać, nie można mieć wszystkiego.Łzy coraz silniej cisną mi się do oczu, jednak lata praktyki pozwalają mi je okiełznać. Czuję, że jeżeli on zaraz nie przestanie przegram z samą sobą i rozpadnę się na kawałki. Ciekawe czy gdyby wiedział, że jego słowa to kolejna pętla zaciskająca się na moim gardle, zaprzestałby dalszych prób upokorzenia mnie.
Zbieram w sobie siłę, by wypytywać dalej.
- Słyszałam, że z kimś rozmawiałeś, kto to był?
Natychmiast prycha i zaczyna podchodzić coraz bliżej mnie. Zatrzymuje się dopiero przed łóżkiem, na którym siedzę. Wstrzymuję oddech, gdy opiera się o jego miedzianą poręcz.
- Rozczaruję cię. - ścisza głos. - To tylko Ludmiła, a nie twój adorator.
Niewidzialna pętla na mojej szyi zaciska się już tak mocno, że tracę oddech, a wraz z nim kontrolę nad sobą.
Gwałtownie wstaję próbując ignorować zawroty głowy oraz fakt, że jestem w samej bieliźnie. Nie odzywając się ani słowem zaczynam w szale szukać części swojej garderoby. Wyobrażam sobie, że muszę wyglądać jak wariatka, jednak teraz kompletnie mnie to nie obchodzi. Muszę stąd jak najszybciej wyjść, by z powrotem złapać oddech, który Diego tak skutecznie stara mi się zabrać.
Moje poszukiwania niestety na nic się nie zdają i jestem zmuszona odezwać się do niego.
- Gdzie są moje ciuchy? - warczę.
Kąciki jego ust wyginają się w pogardliwym półuśmiechu, któremu towarzyszy śmiech o tym samym wydźwięku.
- Ciekawe czy gdybyś obudziła się u niego w domu z takim samym pośpiechem szukałabyś swoich ubrań. - zagaduje arogancko, tym samym ignorując moje pytanie.
Nie wytrzymuję i w przypływie emocji rzucam się na niego z pięściami. Zanim zdąża jakkolwiek zareagować na tą nagłą furię, moje żałośnie małe piąstki kilkakrotnie uderzają w jego tors oraz klatkę piersiową.
- Przestań! - wrzeszczę. - Proszę... - dodaję łamliwym głosem.
Z moich ust wydobywa się nędzny skowyt i w tej samej chwili Diego łapie mnie za nadgarstki, próbując unieruchomić. Już nawet nie staram się hamować łez, płynących stróżkami po moich policzkach. Wiem, że to na nic się już zda.
Widząc, że staram się uwolnić Hernandez zaciska chwyt jeszcze mocniej i zaczyna mną szarpać, aż moje plecy w końcu odnajdują ścianę.
Czuję, że mój gniew, smutek i żal są teraz silniejsze, od zdrowego rozsądku
- Uderz mnie! - nakazuję. - W końcu tylko na to cię stać!
Jego oddech staje się coraz szybszy, źrenice raptownie się zwężają, a szczęka zaciska. Sprowokowany do tego czynu gwałtownie podnosi jedną rękę, drugą nadal podtrzymując moje nadgarstki. Niekontrolowany szloch więznący mi chwilami w gardle jest coraz bardziej żałosny, gdy Diego wymierzając policzek zatrzymuje dłoń tuż przed moją twarzą, by w ostatniej chwili się wycofać. Głośno dysząc odwraca się i bez słowa wraz z trzaskiem drzwi opuszcza pokój.
Sparaliżowana strachem osuwam się po ścianie, aż w końcu ląduję na podłodze. Podciągam kolana pod klatkę piersiową i opieram o nie zbolałą głowę. Przez natłok myśli kłębiący się nade mną nie mogę się uspokoić. Płacząc wciąż, od nowa odtwarzam w głowie scenę, w której Diego podnosi na mnie rękę.
~~~
Chaos jaki mieści się w mojej głowie skutecznie uniemożliwia mi racjonalne myślenie. Najszybciej jak potrafię zbiegam ze schodów i wychodzę z domu, by za chwilę móc się wyładować na czymś materialnym, nie krzywdząc nikogo przy okazji, a zwłaszcza jej.Nie dostrzegając nic innego w pobliżu z furią kilkakrotnie uderzam pięścią w ścianę mojego rodzinnego domu. Nie mam pojęcia ile dokładnie razy to zrobiłem, ale kiedy odsuwam zakrwawioną rękę od budynku, tynk mimowolnie osypuje się na ziemię, pozostawiając po sobie spore wgłębienie - dowód na to, że nad sobą nie panuję. Powoli opieram głowę o ścianę.
Myśl o tym, że będę musiał tam wrócić i ponownie spojrzeć jej w oczy wcale nie ułatwia mi odnalezienia spokoju i równowagi ducha. Nie potrafię na nią spojrzeć bez poczucia odrazy, bez złości, bez żalu. W ogóle nie potrafię już na nią spojrzeć... Nie teraz i nie po tym wszystkim.
Starałem się dla niej zmienić na tyle, by być jej wart, a kiedy mi się to udało ONA wszystko zaprzepaściła i na podstawie przeszłości, w której już przecież nie żyje, osądziła z góry moje czyny.
Dopiero teraz rozumiem, że nigdy nie będę dla niej wystarczająco dobry.
Akcja z klubu, mimo że uświadomiła mi to, jak bardzo nadal mi na niej zależy to stała się podszewką dla mojej wyobraźni. Bo co by było gdyby Ludmiła jej nie zauważyła? Gdybym jej nie ściągnął z tej cholernej sceny? Wolałbym o tym nie myśleć, ale nie mogę.
Moje rozmyślania przerywa dzwonek mojego telefonu. Wyjmuję go z kieszeni moich grafitowych dżinsów nie nadszarpniętą po spotkaniu ze ścianą ręką i przystawiam do ucha. Nie muszę nawet patrzeć na wyświetlacz. Doskonale wiem kto dzwoni.
- I co z naszym nocnym motylkiem*? - dopytuje dobrze mi znany zgryźliwy głosik. Nie mam już nawet głowy do zwrócenia jej uwagi na tę obelgę pod adresem Violetty. Po części dlatego, że w tym momencie mamy o niej podobne zdanie...
- Nie mam ochoty teraz gadać Ludmiła.
- Liczyłam na więcej informacji.
- Bardzo mi przykro. - odpowiadam z sarkastycznym współczuciem. - Może kiedy indziej, na razie.
Wchodzę do pokoju, w którym o mały włos nie odegrał się dramat, z nadzieją, że Violetta znalazła już swoje rzeczy i właśnie zbiera się do wyjścia. Jednak kiedy otwieram drzwi widzę ją zwiniętą w kłębek pod ścianą. Nie wydaje z siebie żadnych dźwięków, a twarz ma ukrytą w dłoniach, więc nie mogę stwierdzić czy nadal płaczę.
Ignorując ją podchodzę do łóżka i wyciągam spod niego torbę z ciuchami Castillo. Niezbyt subtelnie rzucam ją w stronę szatynki czekając na jakąś reakcję. Podnosi głowę. Dostrzegam, że już nie płaczę, jednak jej oczy są pełne smutku.
Odwracam wzrok, bo zdaję sobie sprawę, że im dużej jej się przyglądam, tym bardziej chcę jej pomóc.
- Twoje rzeczy. - wycedzam szorstko.
Po chwili osłupienia łapie za torbę, po czym jej wzrok spada na moją zakrwawioną pięść. Już otwiera usta by coś powiedzieć, ale w ostatniej chwili rozmyśla się i milknie. Z wymuszoną gracją robi dwa kroki i przystaje.
- To co się stało utwierdziło mnie, że nie mogę z tobą być. Nie chcę czuć przy tobie strachu, który towarzyszy mi w domu, rozumiesz?
Nie czekając na odpowiedź wychodzi trzaskając drzwiami, a wraz z nią opuszcza mnie nadzieja, że między nami może być jeszcze kiedyś dobrze.
*nocny motylek - kobieta lekkich obyczajów
Mam nadzieję, że podobał Wam się rozdział.
Zachęcam do wyrażenia swojej opinii w komentarzu.
To dla mnie naprawdę ważne.
Dobranoc ♥
To jest idealne, jeju obu sie pogodzili 😍 Popłakałam sie aż 😭 Ale sie cieszę ze dalej dodajesz, kurde dalej nie mogę uwierzyć ze ktoś pisze o Dieletcie i nie jest to jakaś napalona 9-latka Hahahah kochamc cie za tego bloga
OdpowiedzUsuńTen komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuń