piątek, 26 grudnia 2014

Rozdział I




 Dziś rano wstałam wcześniej niż zwykle. Przebudził mnie mój tata wracający nad ranem, zapewne z baru i zapewne pijany. Po tym jak wczoraj mnie uderzył, nie mogłam na nowo zasnąć, ręka nadal mnie bolała. Po kilku minutach zwlekłam się z łóżka, podeszłam do szafy i wyjęłam z niej ciuchy na ten dzień. Był to rozciągnięty,ciemno szary sweter, czarna koszulka z nadrukiem, również w tym kolorze leginsy ze skórzanymi wstawkami po bokach i botki z ciemnej skóry, z ćwiekami na pięcie. Później wybrałam się do łazienki. Tam nałożyłam na siebie ciuchy, uczesałam i zrobiłam sobie makijaż,  składający się z grubej kreski, pomalowanych rzęs i pomadki na ustach. Szybko wróciłam się do pokoju po dużą, czarną torbę z ćwiekami do której spakowałam wszystkie potrzebne rzeczy. Następnie zeszłam po schodach do kuchni, zabrałam z niej jabłko i ruszyłam w stronę drzwi. W połowie drogi usłyszałam głos za moimi plecami.
- Wybierasz się gdzieś? - odwróciłam się i zobaczyłam jego niezadowoloną minę .
- Idę do pracy. Sprzedałeś przecież udziały w firmie. Nie sądzisz że też powinieneś sobie znaleźć jakąś robotę? - zapytałam z przekąsem. Zaraz tego pożałowałam, ponieważ tym jeszcze bardziej go rozwścieczyłam.
- Zamknij się! Nigdzie nie pójdziesz dopóki nie zrobisz mi śniadania! - krzyknął mocno łapiąc mnie za ramie i ciągnąc w stronę kuchni. Tak, odrazu było czuć od niego alkohol. 
- Zaraz się spóźnie! - skłamałam, ale chciałam się wyrwać z tego domu jak najszybciej.
- Nie trzeba było tak długo spać! W tej chwili masz zrobić mi coś do jedzenia, bo inaczej pożałujesz. - nakazał. Bez słowa wyjęłam z szafki patelnie. Wiedziałam że nie wygram, więc lepiej było robić co każe. Szybko przygotowałam omlet z szynką i podałam na stół. 
- Mogę już iść ? - spytałam podając sztućce. 
- Idź, jak tak ci się tak spieszy! Masz wrócić przed 15:00 zrobić obiad. 
- Nie możesz sobie zamówić? 
- Nie, nie mogę! Jeszcze słowo i nigdzie nie pójdziesz. - protesty nic nie dadzą przy kimś tak upartym. Nie wiem dlaczego on mi to robi?! Nienawidzę go... Zabrałam torebkę i z impetem trzasnęłam drzwiami. W pierwszej kolejności poszłam do sklepu i kupiłam tam jabłko, ponieważ zapomniałam wziąć z domu. Zastanawiałam się co mam zrobić. Pracę zaczynam za godzinę, a nawet nie myślałam o powrocie do domu. Dziś moim zadaniem jest wytrwać sześć godzin jako kelnerka w pobliskim barze. Nie wiem czy dam radę normalnie funkcjonować i nie zniszczyć niczego przy okazji... Mam ochotę wykrzyczeć na środku ulicy jak bardzo nienawidzę tego tyrana zwanym moim ojcem, a później zacząć płakać. Tak, płakać z bezsilności, nikt przecież nie uwierzy że cudowny p. Castillo bije swoją córkę. Po przemyśleniu sprawy, praca to najlepsze co mi się dzisiaj przytrafi. Przynajmniej będzie tam moja koleżanka - Nati, zresztą ona załatwiła mi tę robotę. Włóczyłam się bez celu ze słuchawkami w uszach i wsłuchiwałam się w kolejne dźwięki moich ulubionych piosenek. Pomyślałam że mogę pójść wcześniej do pracy.. Na szczęście, Nata niedługo zacznie swoją zmianę, nie wytrzymałabym bez niej. Powolnym krokiem ruszyłam w stronę mojego miejsca pracy. Dotarłam tam po pięciu minutach, bez większych przygód. Poszłam na zaplecze i od razu zobaczyłam przyjaciółkę.
- Hej, co ty tak wcześnie? Już rwiesz się do roboty? - zapytała śmiejąc się głośno. Niektórzy uważają jej śmiech za irytujący, jednak mi w jednej chwili poprawiał humor. Uśmiechnęła się i rzuciła w moją stronę fartuch.
- Można i tak powiedzieć. - złapałam go, poszłam odłożyć rzeczy, a następnie przebrałam się w czarną koszulkę z logo baru w którym pracowałyśmy i fartuch. Później dołączyłam do Naty i pomagałam jej rozstawiać towar do szafek. Tradycyjnie szło nam to wolno i mozolnie. Zawsze mamy sobie tyle do powiedzenia, zwłaszcza teraz gdy poznała podobno "super chłopaka". Pierwszy raz spotkali się kiedy Natlia jechała rowerem do pracy, często to robi, ponieważ nie mieszka blisko baru. W połowie drogi z roweru spadł jej łańcuch. Wtedy on do niej podbiegł i zapytał czy potrzebuje pomocy. No i tak od słowa, do słowa wymienili się numerami telefonów. W każdym bądź razie, on ma na imię Maxi i jest w naszym wieku. W sumie tyle wiem... Postanowiłam zapytać ją o niego. 
- A jak tam ty i twój "cud chłopak" ? - zapytałam przyciągając ostatnie wyrazy...
- Jaki mój, nie wiem nawet czy pamięta moje imię ... - posmutniała. 
- A tak właściwie to wiesz gdzie ten cały Maxi mieszka?
- No...nie wiem... - spuściła głowę - Ale wiem gdzie często chodzi ze swoimi kumplami.
- No to gadaj!
- Zazwyczaj kiedy przechodzę obok siłowni przy naszym barze, widzę Maxiego i jego paru innych znajomych. - muszę to wziąć w swoje ręce, bo coś czuje że przyda się jej się moja pomoc. Czyli plany na dzisiejszy dzień już mam.
- Nie martw się już ja zadbam o to by zapamiętał cię na długo. - dodałam z moim"złowieszczym" uśmieszkiem
- No nie, co ty znowu kombinujesz?!
- Nie ważne, na razie musisz wiedzieć tylko tyle że po pracy idziemy na siłownie - stwierdziłam zadowolona.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

To Wasze komentarze dają mi największą motywację. Pamiętajcie, że dla Was to parę minut, a dla mnie radość na cały dzień ♥